Trzymam się morza

Trzymam się morza – książka w druku

Trzymam się morza – żeglarskie sploty losów ludzi morza.

„Trzymam się morza” to kolejna, mam nadzieję nie ostatnia, książka Macieja Krzeptowskiego, która jak wszystkie jego poprzednie mocno trzyma się morza, każda na swój, unikalny sposób. Ta prawdopodobnie miała być podsumowaniem morskiego życia autora, wyszło jednak niezwykłe podsumowanie życia na morzu Polaków po II wojnie światowej, choć są tam odwołania także do czasów wcześniejszych.

Nie jest to nudnawe kompendium historii żeglarstwa. Nie dość, że traktuje żeglarstwo w różnych płaszczyznach, jak rejsy naukowe i kontakty między żeglarzami a marynarzami czy rybakami, to książka została napisana barwnie, w sposób czasami wzruszający, czasami wywołujący rozbawienie. Żywa, gawędziarska narracja ilustrowana jest przywoływanymi wypowiedziami ludzi morza oraz fotografiami, często o unikalnej wartości muzealnej.

Autor zabiera czytelnika w rejsy w czystym stylu żeglarstwa swobodnego, zdecydowanie odcinając się od współczesnego yachtingu, przywołuje mniej lub wcale nieznane epizody, wyzwania, problemy do rozwiązania i co ważniejsze, obraz żywych kontaktów międzyludzkich. Czytając, doświadczamy przygody pływania na wiekowych jachtach, cieknących, bez telewizora i osobnych kabin z łazienkami, za to pełnych realiów ważnych dla historii naszego żeglarstwa. Wchodzimy także na pokłady całkiem współczesnych maszyn uczestnicząc w rejsach a to wokół Antarktydy, a to wokół Islandii, czy przez Przejście Północno-Zachodnie.

Śmiały, Trzebież
Manewry portowe na Śmiałym w Trzebieży, w ciemnych okularach Ludomir Mączka.

Ważne miejsce zajmuje tu COŻ Trzebież. Możemy zobaczyć- w czym pomogą nam świetne zdjęcia- w jaki sposób i na jakich jachtach dzisiejsi kapitanowie zdobywali pierwsze szlify żeglarskie. Rzeczywiście, żeglarstwo w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku to coś jak taternictwo w tamtym czasie. Nikt wówczas nie słyszał o specjalnym obuwiu, lekkich nieskręcających się linach, goreteksowych, wielomembranowych ubraniach. Były za to „olejarze” brezentowe, gumowane wdzianka do kolan, z kapturem, lub osobno nakładaną czapką, tzw. zidwestką, Przeciekające, sztywne i ciężkie. Były liny konopne lub bawełniane, ciężkie i twarde, za to ochoczo skręcające się podczas klarowania. Były żagle bawełniane, grube i sztywne, które obsługiwało się zgrabiałymi z zimna palcami, ogrzewanymi wyłącznie radością z przebywania w morzu, na jachcie, w wymarzonym rejsie.

Jednak fizyczne realia tamtych czasów to nie wszystko, gorszymi, bo niezależnymi od woli, hartu ducha i sprawności fizycznej żeglarzy, były warunki polityczne. Ówczesna pełna izolacja od świata zachodniego pozwalała tylko wyjątkowo zaradnym kapitanom przerwać żelazną kurtynę i wyprowadzić jacht poza Bałtyk. Większość żeglowała po wodach wewnętrznych pod czujnym okiem wopistów. Dzisiaj taka sytuacja jest nie do wyobrażenia. Niektóre z opisywanych rejsów są rzeczywiście absolutnie niezwykłe.

Tak trafiamy na pokład, a właściwie na burtę (bo pokładu tam nie było!) „Chatki Puchatków” – kto dzisiaj pamięta o tym heroicznym wyczynie dwójki Polaków, na bezpokładowej szalupie z Batorego? Takich opisanych w tej książce dokonań jest znacznie więcej.

Bardzo ciekawym i silnym akcentem, jaki Maciej Krzeptowski kładzie w swojej opowieści jest powoli zapominana etyczna strona żeglarstwa swobodnego. Kiedyś, gdy to nie pozycja ekonomiczna żeglarza stanowiła o powodzeniu wyprawy, tylko hart ducha, koleżeństwo załogi, współodpowiedzialność za bezpieczeństwo jachtu, pracowitość i twardość charakteru, żeglarstwo stanowiło sposób życia. Żeglarzem było się zawsze, czy to na lądzie czy w morzu, praca na jachcie była kuźnią niezłomnych postaw ale i szkołą radzenia sobie w trudnych sytuacjach.
Przywołując Mariusza Zaruskiego, Dariusza Boguckiego i innych nestorów polskiego żeglarstwa autor skłania do refleksji nad drogą rozwoju żeglarstwa, które we współczesnych czasach wygląda trochę inaczej.

Maria Bonit
s/y Maria i M/t Bonito w stoczni Montevideo w Urugwaju. Rys. R.Gardys

Ważną częścią tej książki jest podkreślenie zjawiska jakim były relacje między żeglarzami a rybakami i marynarzami. Tak szczęśliwie się złożyło, że w okresie poluźnienia komunistycznego kagańca, kiedy jachty nieco śmielej ruszyły do dalekich portów, polska flota rybacka także rozszerzała akweny, na których prowadziła połowy. Owocowało to częstymi, zwykle ratującymi dalszą część żeglarskiego rejsu, spotkaniami rybaków i żeglarzy. Gdyby nie rybacy, wiele rejsów już we wstępnej fazie zakończyłaby się pewnie fiaskiem. Maciej Krzeptowski jako uczestnik morskich rejsów pod żaglami ale i na pokładach trawlerów opisuje te sytuacje z obu punktów widzenia.

Nie tylko opisuje.
Dzięki niemu i wielu innym ludziom dobrej woli, jako wyraz żeglarskiej wdzięczności, w miejscu katastrofy rybackiego trawlera „Brda”, na falochronie duńskiego portu Hanstholm, została umieszczona tablica upamiętniająca tamto wydarzenie.
To była niezwykle symboliczna uroczystość, ponieważ na odsłonięcie, przypłynęły z Polski 2 jachty, obecni byli mieszkańcy miasteczka Hanstholm, świadkowie tamtej tragedii. Dzięki Dalmorowi i Dyrekcji Morskiego Instytutu Rybackiego przyjechały rodziny rybaków, którzy tu zginęli. Łzy wzruszenia tych ludzi, uściski na pożegnanie i słowa „Kochani żeglarze, dziękujemy wam z całego serca”, stanowiły wartość nie do przecenienia.

Także załogi statków handlowych zrobiły wiele dobrego dla naszego żeglarstwa zaopatrując napotykane jachty w dalekich portach w paliwo i prowiant. Nie mniej ważna była możliwość gorącej kąpieli czy zrobienia prania, a często pomoc w rozwiązywaniu problemów technicznych. Bywało, że rejsy zaczynały się od przewiezienia jachtu na pokładzie statku do portu startowego, zdarzały się także podróże w drugą stronę, do kraju. Bywało, że statki komercyjne brały udział w akcjach ratowania życia, a czasem i mienia żeglarzy, którym nie dopisało szczęście, czy zawiodła konstrukcja jachtu. Ciekawe relacje z „pierwszej ręki” z takich akcji znajdziemy także na kartach „Trzymam się morza”.

Siedow
„Siedow” pod sztakslami z podziękowaniem dla Rotary Club. Fot: L. Synak

Czytając tę książkę jesteśmy świadkami transformacji udziału nauki w niektórych rejsach. Początkowo były to poboczne działania poszczególnych członków załogi, ktoś mierzył temperaturę wody podczas przelotów, ktoś zbierał muszle mięczaków czy okazy geologiczne. Z czasem działania te stały się jednym z celów, mocno akcentowanych w materiałach promujących rejs, sponsorami stawały się instytuty badawcze, a wyniki opracowywano w centrach naukowych. W ostatnich latach pojawiły się jednostki stricte badawcze, umożliwiła to miniaturyzacja sprzętu badawczego, dzięki czemu badania naukowe stały się zdecydowanie mniej kosztowne.
Ale nauka splatała się z żeglarstwem czasami w zupełnie niecodzienny sposób.
Podczas Światowej Konwencji Rotary w Hamburgu (2019) na stojącym w porcie żaglowcu „Siedow” postawiono trzy czerwone sztaksle z napisem na każdym z nich: END POLIO NOW. Był to hołd żeglarzy dla Rotary za zwycięstwo wielkiej ogólnoświatowej organizacji w walce z tą straszną chorobą.

Maciej Krzeptowski dokonuje w „Trzymam się morza” analizy jak czas, postęp techniczny, zmiany polityczne wpłynęły na zmianę kształtu żeglowania, kontaktów interpersonalnych a także relacji między załogami jachtów a jednostkami komercyjnymi. Mówiąc krótko, dla ludzi pamiętających czasy wcześniejsze wygląda to źle, ponieważ czas przyjaźni, wzajemnej pomocy, spotkań na pełnym morzu czy w portach w czasach ekspresowców, supertankowców czy super kontenerowców, a także polskiej floty z egzotycznymi załogami eliminuje te możliwości bezpowrotnie. Pozostaje zatopienie się we wspomnieniach marynarzy i rybaków spisanych na kartach książki ale nie tylko, bo warto w tym miejscu przywołać pozycję tego samego autora, mianowicie „Pół wieku i trzy oceany”, gdzie również możemy dotknąć tamtych, jakby „cieplejszych”, bardziej romantycznych, conradowskich czasów.

Nie sposób w krótkiej recenzji choćby naszkicować wszystkich zagadnień poruszanych w książce, jednak o jeszcze jednym warto wspomnieć. Żeglarstwo pobudza wyobraźnię i chęć działania ludzi, czasami nie zdających sobie sprawy z trudów przedsięwzięcia. Nie zawsze starcza kwalifikacji merytorycznych i odpowiedniej siły charakteru. Wydaje się współcześnie, że wystarczy mieć pieniądze i jeśli się je już ma, można płynąć. Dlatego też bywa, że takie przedsięwzięcia stają się katastrofą. O nich autor także pisze, jednak w sposób bardzo delikatny, bez pastwienia się nad bohaterami tych wydarzeń, i za to należą mu się wyrazy uznania.

Książkę kończy posłowie prof. Norberta Wolnomiejskiego opisujące, jakże celnie, nasze obecne i przyszłe relacje z morzem. Wartość naukowych i dokumentacyjnych jej wątków została doceniona przez ważne instytucje zajmujące się szeroko rozumianą uprawą morza. Wśród patronów pracy znajdujemy Morski Instytut Rybacki, Narodowe Muzeum Morskie, Instytut Oceanologii PAN, ale też najstarsze nasze pismo żeglarskie – miesięcznik „Żagle”.

Podsumowując, każdemu kto nosi w sobie miłość do morza, niezależnie czy żeglarskiego, komercyjnego, czy też po prostu poznawanego z piaszczystej plaży, książkę tę gorąco polecam.

Wydawcą książki jest Rotary Club Szczecin . Autor i Klub zdecydowali, że dochód z wydania przeznaczony zostanie dla Zachodniopomorskiego Hospicjum dla Dzieci i Dorosłych, które od lat pozostaje pod opieką Klubu.

Wojciech Seńków

 

Książkę można kupić w e-księgarni MARYNARSKA SKRZYNIA Z KSIĄŻKAMI

Dodaj komentarz